MARCH 17, 2018



Phi Phi (część I)

W Tajlandii najbliżej raju czuliśmy się na wyspie Phi Phi. Odpoczywaliśmy na cichej, mało dostępnej części na którą dotarcie wymagało kilku przesiadek na morzu (dodatkowych wrażeń dostarczyła ulewa) do coraz to mniejszych łódek. Końcowy, najkrótszy odcinek pokonaliśmy w takiej oto drewnianej łódeczce.

Krystaliczna woda i biały piasek przypominający mąkę kokosową, a do tego niemal całkowity brak innych turystów sprawiły, że to właśnie tutaj spędziliśmy najpiękniejsze dni podczas pobytu w Tajlandii.




Tablice ostrzegające przed tsunami pozwalały czasem poczuć się lekko nieswojo;)



Na całym obszarze znajdowało się zaledwie kilka restauracji, przy czym część z nich poza sezonem była nieczynna. Stołowaliśmy się właściwie w jednym lokalu na plaży, który został nam polecony. Jedzenie za każdym razem smakowało doskonale.

Śniadania jedliśmy w hotelowej restauracji, również usytuowanej przy plaży. Zauroczył mnie wystrój idealnie wkomponowany w krajobraz i wszechoobecne lampiony. Wieczorami odpalano retro szafę grającą z prawdziwego zdarzenia.



Hotel miał charakter różnorodnych domków porozrzucanych po rozległym ogrodzie na wzniesieniu. Nasz pokój przypadał możliwie najdalej i najwyżej, ale spod recepcji można było zawsze zabrać się jeepem. Skorzystaliśmy z podwózki kiedy mieliśmy ze sobą bagaże i raz podczas ulewy. Nie chcieliśmy rezygnować z możliwości spacerów po pięknym ogrodzie czym pracownicy hotelu wydawali się zdziwieni (Tajowie starają się za wszelką cenę unikać chodzenia pieszo). Nawet gdy spacerowaliśmy plażą, proponowano nam podwiezienie;)